czwartek, 19 grudnia 2013

Rozdział 10


Dodaję rozdział, ponieważ poczułam taką potrzebę. 
Mam nadzieję, że się Wam spodoba.
Pozdrawiam Xx

    Było zimno...Tak zimno...

 

    Harry oparł się o najbliższe drzewo czując, że zamarza do szpiku kości. Powietrze było zbyt ciężkie, nawet na tak srogą porę roku, a do tego jego ubrania zostały przemoczone przez topniejący na nich śnieg.
     A jednak nadal się uśmiechał.
     Rzadko miał szansę spędzenia czasu ze swoim młodszym bratem, a ten czas był dla niego szczególnie wyjątkowy. Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia i chłopak chciał podarować trochę ciepła temu, kto sprawiał, że się nie załamywał. Że miał siłę walczyć. Że pragnął żyć dalej.
     Wszystkie domy wokół parku udekorowano już świątecznymi ozdobami, a z otwartych okien sączył się aromat pieczonego kurczaka. Harry nie zdawał sobie sprawy, że jest głodny, dopóki w brzuchu nie rozniosło się głośne burczenie. Przełknął głośno ślinę, histerycznie szukając jakichkolwiek monet w swoim wystrzępionym płaszczu. Nie znalazł żadnej z nich i zaczął wpatrywać się żałosnym wzrokiem w wyciągniętą dłoń, na którą spadały białe płatki śniegu. Pomyślał o fiołkowych oczach i poczuł do sobie obrzydzenie.
    Przecież był głową rodziny, najstarszym z trojga rodzeństwa i to on powinien zadbać o ich ubiór, pożywienie i bezpieczeństwo. A nie potrafił zdobyć nawet garstki pieniędzy, żeby mieli co jeść.
        - Za co ty mnie, życie, tak ukarałeś? - wyszeptał, nie poruszając niemal ustami.
        - Braciszku?
    Harry otrząsnął się z zadumy i spojrzał na małą postać kryjącą się za pniem dębu. Kolana chłopaka trzęsły gwałtownie, a policzki były w ciemnoczerwonym kolorze od siarczystego mrozu. Wilgotne włosy oblepiały mu twarz, a z jego oczu błyskały smutne spojrzenia
        - Co tu robisz, braciszku?
        - Mógłbym zapytać cię o to samo, Jeremy. - odpowiedział Harry o wiele chłodniejszym tonem, niż zamierzał. Jednak nie mógł postąpić inaczej na widok jego młodszego brata, odzianego w cienkie ubrania i marznącego na mrozie. Ta scena łamała mu serce.
        - Kazałem ci zostać w domu. - rzekł twardo, a Jeremy, który zobaczył złość w oczach swojego starszego brata, wycofał się ostrożnie. - Powinieneś się mnie słuchać i zostać tam, gdzie jesteś bezpieczny. Nie znalazłem tego miejsca dla mnie, tylko dla ciebie. Dlaczego nigdy mnie nie słuchasz? Dlaczego...Nie potrafisz tego docenić?
         Harry nie powinien tego robić. Nie powinien brać go na litość, ponieważ to najgorsza rzecz, jaką mógł mu zrobić. Jeremy był uległy i poddawał się tylko dlatego, żeby uszczęśliwić innych, nawet jeśli sam nie mógł żyć pełnią szczęścia.
         - Wiem o tym. - powiedział krucho i niepewnym krokiem podszedł do Harry'ego wczepiając się w jego płaszcz. Zawsze robił tak, gdy robić coś wbrew woli bruneta i w ten sposób przepraszał go, chociaż nigdy nie wypowiedział tego magicznego słowa. Po prostu chciał być bezpieczny u boku swojego brata.
          - Jesteś taki nieposłuszny. - westchnął ciężko Harry, kucając przy chłopaku i głaskając go czule po głowie. Josh uniósł fiołkowe oczy ku górze i ze zdziwieniem na chłopaka, który zdjął z siebie gruby szalik i owinął nim swojego młodszego brata.
          - Dlaczego tu przyszedłeś? - zapytał jasnowłosy, gdy razem przemierzali park, trzymając się za ręce. Harry odwrócił głowę, by Jeremy nie mógł zobaczyć w jego oczach zażenowania i wściekłości.
          - Żeby zdobyć coś do jedzenia. - wypowiedział to przez zaciśnięte zęby. - Nie miałem w ustach nic od dwóch dni, ale nie pozwolę wam umrzeć z głodu.
     Harry mówił prawdę. Swoje dzienne porcje, które zdobywał poprzez życzliwość innych lub po prostu kradzież, oddawał swojemu rodzeństwu. Nawet, jeżeli z dnia na dzień mizerniał coraz bardziej, cieszył się widząc iskierki życia w fioletowych tęczówkach. I chciał myśleć, że tylko ta jedna rzecz utrzymuje go w ryzach świadomości.
          - Jeśli chcesz zdobyć jedzenie, zrób to tylko dla siebie.
     Harry wytrzeszczył oczy, wpatrując się w niedowierzaniem w swojego brata, który wyrwał się z uścisku dłoni i zaczął kręcić się wokół siebie z szeroko rozwartymi ramionami. W pewnej chwili przestał, zerkając na Harry'ego, tym razem poważnym wzrokiem.
          - Nie muszę jeść, nie muszę pić. Zdobądź jedzenie dla siebie, nie dla nas. Dziś jest Wigilia, pamiętasz? Rodzina powinna być razem...Bez względu na wszystko.
     Dla Harry'ego, ta krótka wypowiedź brzmiała jak oskarżenie, ale okazała się najszerszą prawdą. Brunet zacisnął wściekle wargę, aż poczuł w ustach metaliczny posmak krwi. Tak, powinni być razem, nie ważne czy mieli jedzenie, czy nie. To nie miało znaczenia. Dla nich, to Harry był najważniejszy, mogli się na nim podeprzeć, oczekiwali pomocy i poczucia bezpieczeństwa. A on odsuwał się od nich, zapominając o tej najważniejszej rzeczy. Bliskości.
          - Nigdy nie sądziłem, że usłyszę to z twoich ust. I pomyśleć, że młodszy brat uczy żyć tego starszego.
    I po raz pierwszy od dawna, na ustach Harry'ego zagościł prawdziwy uśmiech. Nie czuł głodu, nie znał smaku porażki.
    Czuł jedynie bezgraniczną miłość, która wypełniła po brzegi jego zlodowaciałe serce.



On się nie poddał. Walczył dalej.
   

      - Ostrzegałem cię. Mówiłem, że się rozchorujesz.
    Jeremy popatrzył na niego przepraszającym wzrokiem, ale ten już nie wystarczał, by złagodzić gniew Harry'ego. Jasnowłosy oddychał nierównomiernie, łapczywie wdychiwał kolejne porcje powietrza, które ze świstem wciągał swymi spierzchniętymi ustami.
      - Ja...Przepraszam...
      - Nie.- Harry pokręcił stanowczo głową i spojrzał na Jeremy'ego twardym wzrokiem. - Zwykłe przeprosiny już nie wystarczą.
    Chłopiec z trudem przełknął gulę tworzącą się w jego gardle, a oczy zapiekły od gromadzących się tam łez.
    Nie planował tego...Nie chciał tego...
    Uważał się za utrapienie.


Nie mógł jednak uchronić ich przed wszystkim.


    Jeremy ostrożnie pokonywał kolejne stopnie drewnianych schodów, tak, aby nie usłyszały go osoby znajdujące się na parterze domu. Wiedział, że Harry kategorycznie zabronił mu wychodzenia z łóżka, ze względu na stan jego zdrowia, ale nie mógł powstrzymać się od usłyszenia słodkiego głosu kogoś, kogo nazywał swoją najdroższą siostrą. Nie widział jej od kilku dni, a z dnia na dzień, ta chora tęsknota dobijała go coraz bardziej. Podskoczył lekko na palcach, nie mogąc powstrzymać radości, która wręcz rozpierała go od środka.
   Tak bardzo chciał ją zobaczyć. 
   Chciał pokazać, jak bardzo się zmienił, że nie był już tym samym bezbronnym chłopczykiem, którego zostawiła bez pożegnania. Chciał, żeby byli rodziną tak, jak dawniej.
   Nawet jeśli to było niemożliwe.
   Ostrożnie podszedł do kuchennych drzwi i uchylił je lekko, by podsłuchać rozmowę dwojga osób, siedzących przy drewnianym stole i popijających gorącą herbatę.
      -...dobrze wiesz, że Jer jest za słaby...
  Chłopak wstrzymał powietrze, nie wierząc własnym uszom. Nie, nie mówią o nim. Musi być jeszcze inny Jeremy...
      - Nie przetrwa kolejnych miesięcy. Nie mamy leków, a wiesz dobrze co się dzieje, jeśli ich nie weźmie. Nie mogę patrzyć jak cierpi. Jestem jego starszym bratem, nie powinienem na to pozwolić. Nigdy sobie tego nie wybaczę, ale jeżeli czegoś nie zrobimy, on...on...Umrze.


 Był za słaby, bo nie mógł im pomóc.


      - Jeremy! Wracaj!
   Harry przemierzał kolejne metry, z trudem stawiając każdy kolejny krok. Dystans pomiędzy nim, a Jeremy'm znacznie się zmniejszał, ale nadal był zbyt daleko, by móc sprawić, aby jego młodszy brat wrócił z powrotem do domu. Usłyszał to. Każde słowo wypowiedziane przez zielonookiego wbiły się w jego serce niczym sztylet. Nie chciał tego mówić na głos, ale nie potrafił dłużej dusić tego w sobie. Bał się o Jeremy'ego. Nie. Przerażał go fakt, że mógł stracić kolejną osobę w swoim beznadziejnym życiu. Jeśli Jeremy umrze...Harry razem z nim.
      Wyskoczył do przodu i biorąc go w swoje ramiona, oboje upadli na ziemię. Jasnooki natychmiast zaczął się wyrywać, jednak Harry przytrzymał go w bezruchu, nawet jeśli kosztowało go to kilka siniaków i zadrapań.
     - Puszczaj! - krzyczał chłopak, coraz bardziej zalewając się łzami. - Nie zbliżaj się do mnie! Nienawidzę cię!
     - Dlaczego mnie nienawidzisz? - zapytał cicho Harry, próbując wtulić się w swojego brata, ale ten cały czas próbował odtrącić go od siebie.
     - Nie rozumiesz?! Jestem dla was tylko zbędnym balastem! Dlaczego nie usunęliście mnie od razu? Wiedzieliście o moim stanie zdrowia już na samym początku. Beze mnie poradzilibyście sobie o wiele lepiej... Więc dlaczego mnie nie zostawiliście...Z litości?!
     - Kocham cię.
   Jeremy przestał się wyrywać. Nie miał siły już walczyć. Po policzkach spływały zamarznięte łzy.
     - Kocham cię. - Harry powtórzył to głośniej, jakby te słowa wypełniały go od środka.- Nie obchodzi mnie twój stan zdrowia. Jesteś moim bratem, rozumiesz? Będę cię kochał, nieważne kim się staniesz, jaką drogę obierzesz. Myślisz, że jesteś dla mnie balastem, a tak naprawdę stałeś się powodem dla którego żyję. Nigdy cię nie zostawię.
     - Nie wierzę ci. - szepnął Jeremy ochrypłym głosem, ale wtulił zmęczoną głowę w szyję Harry'ego.
     - Ta obietnica przetrwa wieki.
     - Nie wierzę w wieczność.
     - A jeśli sprawię, że to słowo stanie się prawdą?
   Jeremy uśmiechnął się przez łzy i w tamtym momencie chciał po prostu zasnąć i nigdy się nie wybudzić.
     - Na zawsze razem?
     - Na zawsze. - obiecał, chociaż wtedy nie zdawał sobie sprawy z wartości tych słów.



    
I tak bardzo się za to nienawidził.